środa, 8 września 2010

Sunndalsera



66 km

W nocy znowu było zimno i to bardzo! Zmarzłam okrutnie, natomiast W. nie narzekał. Myślę, że było mi tak zimno, bo spaliśmy wyżej niż w ostatnie noce, znowu wjechaliśmy w wyższe góry. Nie ma to, jak wstać z muchami w nosie. Zimno, mokry namiot i rzeczy, które w czasie pakowania wylądowały na ziemi, no i głodno a w perspektywie ohydna kasza, która dziś... smakuje :) Zwijamy się i o 9:00 jesteśmy już gotowi do drogi. W recepcji znowu nikogo nie ma. Czytamy, że namiot to 60kr, a za osobę 0kr. Także zostawiamy 60kr, wkładamy do koperty i wciskamy w drzwi.

Na dzień dobry 5 kilometrów wjazdu na przełęcz 272m. Witajcie ponownie góry wysokie :) Podjazd zajmuje nam ponad godzinę. Później lekki zjazd do bardzo ładnej miejscowości Surnadal nad fiordem. Przez miasteczko płyną 4 rzeki, w których żyją ogromne tuńczyki - czytamy w prospekcie. W okolicy jest rześkie, zdrowe i czyste powietrze i woda - to też z prospektu. Wchodzimy do sklepu i obkupujemy się w smaczne rzeczy. Na ławce pod domem kultury wcinamy ziemniaczaną sałatkę. Objedzeni do granic możliwości wdrapujemy się na kolejną przełęcz - 130m. Na górze odpoczywamy przy urokliwym jeziorku. Jedziemy drogą nr 670 do Kavanne. Przejeżdżamy przez wsie (w których zazwyczaj śmierdzi albo krowiakiem, albo świniakiem albo jakąś chemią rolniczą). Nasza droga wygląda dość standardowo - wjazd na górę, zjazd do miasteczka, wjazd na górę, zjazd do miasteczka...







W Kavanne czekamy na prom 15 min. Przepływamy przez Stangvikfjorden. Jedziemy jeszcze jakiś czas drogą nr 670 ale za chwilę wpadamy w E70. Trochę pod górę, trochę w dół - żadna nowość ;) Dojeżdżamy do pięknego fiordu Surnadalsfjorden, nad którym malują się wysokie góry. Jedziemy wzdłuż fiordu, przejeżdżamy trzy niemiłe tunele i docieramy do miejscowości Sunndalsera - średniej wielkości z dużą ilością emigrantów na ulicach. W mieście górują fabryki, dziwnie wygląda np. elektrownia na tle masywnej pięknej skały górskiej. Kręcimy się po miasteczku szukając pola namiotowego. Odpoczywamy pod sklepem zajadając się suszonym łupaczem (haddock). Docieramy do pola namiotowego na obrzeżach, poznajemy tam polską rodzinę, która mieszka w Norwegii, pracuje dzielnie i oczekuje na przesyłki z Polski z polską kiełbasą. Ogólnie w miasteczkach często spotykamy Polaków - najczęściej pracują na budowach. My bierzemy na noc ciepły, drewniany domek i wieczorem z tarasu podziwiamy piękne, wysokie góry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz