niedziela, 5 września 2010

Molde



84km


To już chyba jest standardem, że każdy dzień chcę rozpocząć od stwierdzenia: "w nocy było cholernie zimno!". A dzisiejszej, to nawet bardzo. Chcieliśmy wstać o 7.00 ale wystawienie kawałka twarzy ze śpiwora mogło się zakończyć szokiem termicznym. Wstaliśmy w rezultacie o 9.00, szybka zwijka w zimnej rosie i o 10.15 jesteśmy już na drodze. Słońce świeci, więc szybko się rozgrzewamy. Jedziemy w stronę miejscowości Vatne, droga na mapie jest biała, więc kwalifikuje się do tych z mniejszym ruchem, co mnie bardzo cieszy - kolejny dzień bez ciężarówek :) Podczas pedałowania po prawej stronie mamy wysokie wzgórze a po lewej zatokę i wyspy - wszystko, oczywiście jak na ten kraj przystało, tworzy piękną scenerię. Szosa jest tak mało uczęszczana, że w pewnej chwili kończy się asfalt. Jedziemy lasem, czasami pojawi się dom, czasami owca. Teren ogólnie leśno-rolniczy. Trochę w dół, trochę pod górę ale generalnie nie ma większych podjazdów, więc dziś nie zapowiada się ciężko. Jemy obiad nad fiordem - cisza i spokój, tylko nagle nie wiadomo skąd pojawia się na drodze drepcząca dziewczyna w uroczej, białej sukience. Scena zupełnie, jak z horroru :| Przy obiedzie oczywiście czas na suszenie namiotu i sesję zdjęciową. Tegoroczne zabranie statywu było strzałem w dziesiątkę - parę kilo więcej ale warto było :) Po posiłku chwilę leżymy na słońcu, grzejemy się i nabieramy sił do dalszej drogi.

Do Vestnes mamy jeszcze 30km, a na liczniku już 20. Zastanawiamy się czy jeszcze dziś załapiemy się na prom do Molde. Mamy nadzieję, że w niedzielę nie pływa jeden prom na dobę, i to jeszcze na domiar złego, dajmy na to, rano. Droga lekka i przyjemna - po lewej cały czas morze i wyspy a po prawej góra - ta już bardziej konkretna, bo ponad 1000m. Do Vestnes przyjeżdżamy o 18.00 i załapujemy się na prom. Ten jest już samochodowy, więc płacimy 70kr a nie 170, jak w przypadku ekspresów. Na promie podziwiając Molde mam wrażenie, że to polski Sopot - ekskluzywny kurort z klasą. Co prawda oglądamy miasto jedynie z pokładu promu, bo po wyjściu kierujemy się bezpośrednio na wschodnie obrzeża, na których jest zlokalizowane pole. Na stacji benzynowej spotykamy chłopaka, który średnio mówi po angielsku ale dogadać się można. Czyli nie wszyscy mówią płynnie w Norwegii po angolsku ;) Pole jest ogólnie marne... tzn. bardzo czyste i zadbane ale tłoczne. Bardzo dużo ludzi, głównie domki i miejsca na przyczepy. Plac na rozbicie namiotu, to w zasadzie mały placyk, na którym mogą się zmieścić, cztery, góra pięć namiotów. I drogo, dwa razy więcej jak w Alesund. Pole jest zaraz obok lotniska, więc nad głowami przelatują nam samoloty większe i mniejsze. W związku z pomyłką żetonową korzystam z prysznica w łazience męskiej i odkrywam okropność szowinistyczną - proceder absolutnie niesprawiedliwy... pod prysznicem damskim można pluskać się 4 min, a pod męskim za tę samą cenę - 5minut!! granda ;)
W czasie szykowania kolacji poznajemy Japończyka, który na rowerze przemierzył już Finlandię, Szwecję i pół Norwegii. Tym samym przepedałował już 4000 km! Ma roczny urlop i w planach przejechanie całej Europy :) Sympatyczny młody człowiek.
Widok z namiotu mamy piękny - góry od prawa do lewa :) Według prospektu widok na 222 wierzchołki... ciekawe, że wyszła im taka interesująca liczba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz