poniedziałek, 6 września 2010

Kristiansund


84km

W nocy nie jest zimno! Wysypiamy się znakomicie tylko czasami budzę się, bo mnie kask uwiera w głowę. Okazuje się, że jeśli nic nie można podłożyć pod głowę, kask świetnie nadaje się na poduszkę. Niby twardy ale jak się odpowiednio położy pod głową, jest idealnie :) Zbieranie się rano z pola idzie nam dłużej, niźli jak jesteśmy rozbici na dziko - bo tu przepierka, tu wycieczka do łazienki ze trzy razy, tu śniadanko na ławce, tu pakowanie na trawie i w namiocie i tak się schodzi. Wstaliśmy o 8.00 a wyjechaliśmy po 10.00.

Dziś cały czas będziemy jechać drogą nr 64 do samego Kristiansund, drogą którą poprzedniego dnia przejechał Japończyk w przeciwną stronę. Zaraz po wyjechaniu z miasta czeka nas przejazd przez ponad 3km tunel. Na szczęście nie ma dużego ruchu, więc nie mam tak dużego strachu przemierzając ciemną pieczarę. Ten tunel, to pikuś - przed samym Kristiansund czeka nas 6km tunel, który jest na domiar wszystkiego pod wodą! Nie wiem, jak to przeżyję. A to jest jedyna droga łącząca Kristiansund z Molde od strony zachodniej. Japończyk mówił, że tunel jest ciężki do przejechania, bo na początku jest ostry zjazd w dół a później mocne pedałowanie w górę.
Droga nr 64 jest bardzo przyjemna. Jedziemy wśród górek do 1000m. Są miłe podjazdy i długie zjazdy. Do Kristiansund mamy około 70km.

Zbaczając z drogi można zobaczyć jaskinię Trollkyrka (kyrka - kościół) - podziemne jeziorko z wodospadem, jedyne takie miejsce w tej części Norwegii. Ścieżką należy iść 30min aby dostać się do wejścia jaskini. My jednak nie zbaczamy z naszego rowerowego szlaku i jedziemy dalej. Przed nami Eide, ostry zjazd w dół i jesteśmy w malutkiej miejscowości, mało ładnej. Zaopatrujemy się w wodę. Słońce nam przypieka, więc zdejmujemy polary i to jest pierwszy dzień, gdy jedziemy w krótkim rękawku nawet podczas zjazdów, w czasie których zazwyczaj zakładaliśmy nie tylko polary ale także kurtki i rękawiczki z długimi palcami. Jest zdecydowanie cieplej niż w wysokich górach. Za Eide mamy już bliziutko do Atlantic Road - cel wielu wycieczek. Z daleka widzimy już najwyższy most. Jedziemy lasem a na obiad zatrzymujemy się w sympatycznym miejscu, gdzie z góry widać jezioro a na nim mnóstwo łabędzi.



Wraz z dotarciem do Atlantic Road zaczyna się zupełnie nowy krajobraz - iście księżycowy, skały porośnięte mchem i niską roślinnością i wszędzie woda. Atlantic Road, to 8km droga z pięcioma mostami, która w latach 80-tych połączyła okoliczne wyspy. Celem mostu oczywiście było usprawnienie komunikacji między malutkimi osadami jednak droga jest tak atrakcyjna, że przyciąga liczne rzesze turystów. Nikt nie spodziewał się, że ta okolica będzie tak popularna właśnie przez słynną drogę (nawet spoty reklamowe Nissana zostały poczynione w tym miejscu). Jedzie się bosko, bo widok jest cudny. Małe skałki, wysepki i wszystko w niemalże szafirowej wodzie. W oddali widać kolorowe, drewniane domy - to najstarsza osada z XIII w.









Za Atlantic Road rozpoczyna się kolejny malowniczy teren - lasy i jeziora, zupełnie jak nasze Mazury :) Cały czas zjazdy i podjazdy, płaskiego nie ma... nie pamiętam zresztą kiedy ostatnio w czasie tej wyprawy jechałam po płaskim, nie wliczając w to oczywiście pokładu promu. Zbliżamy się do tunelu. Jakieś 3km przed nim zmienia się nagle krajobraz. Otoczenie staje się bardzo surowe - skała i mech, asfalt i woda. Tu musi być bardzo ciekawie zimą... Jest tunel! Przed wjazdem bramki (u nas płaci się za autostrady, tu za tunele i mosty, oczywiście rowerzyści nigdy nie muszą płacić) i... pan w budce nas informuje, że nie możemy jechać na rowerze przez tunel. A Japończyk przejechał! Pan karze nam iść na autobus, który przyjedzie za 40min. Na szczęście przystanek nie jest daleko. Czekamy na przystanku i zastanawiamy się czy będziemy mogli wsiąść do autobusu z tym całym naszym majdanem... Nadjeżdża autobus, wyskakuje miły pan, który pomaga nam załadować majdan do luku bagażowego a rowery przyczepić do bagażnika z tyłu autobusu - cudownie :) Wszystko jest piękne poza tym, że chyba po całym dniu jeżdżenia po górach wydzielamy niezbyt miła woń dla współpasażerów, którzy mierzą nas wzrokiem. No trudno nic na to teraz nie poradzę, że najzwyczajniej w świecie, jako strudzeni rowerzyści - śmierdzimy ;) Tunel faktycznie jest imponujący, nie wiem jak Japończyk go pokonał... Autobus pędzi i tylko się zastanawiam czy pan kierowca nie zobaczy zaraz naszych rowerów w tylnym lusterku roztrzaskujących się o asfalt i miażdżonych przez nadjeżdżające samochody. Wszystko się udało i my i rowery szczęśliwie przejechaliśmy przez tunel i jesteśmy w Kristiansund :)

Na pole docieramy według znaków i na obrzeżach miasta nocujemy na polu ze średnio fajnymi łazienkami. Prysznice są w barakach, dawno nie widziałam takich obskurnych łazienek... fuj! na szczęście ciepła woda jest za darmo, może dlatego te łazienki są tak mało atrakcyjne. Ale nie marudzę, bo przecież najważniejsza po całym dniu na rowerze nie jest ładna łazienka ale gorąca woda w prysznicu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz